wtorek, 16 sierpnia 2011

lubię "rozkminiać"

Przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś z Was myśli, że życie jest wieczne, a człowiek niezniszczalny, to bardzo przepraszam, lecz jest niczym zagubione dziecko. Cóż, tej wiary można tylko pozazdrościć. Ja, niestety, jestem dość sceptyczną osobą.
Dla mnie jedyne, na co nie potrzebuję dowodu, to istnienie Boga, bo to nie podlega dyskusji. Bóg istnieje, a nasi zmarli przodkowie opiekują się nami i kropka!
Dwa razy w życiu spotkało mnie coś niesamowitego... a może i więcej! Nie chcę tego zdradzać na forum publicznym, ale... TAK, cuda się zdarzają. I to codziennie. Cudem są narodziny, życie... nawet śmierć. Tylko człowiek ma tak dziwną konstrukcję, która zaburza wszelkie podstawy pojmowania tych, wydawałoby się, zwyczajnych rzeczy i uznawania ich za niesamowite zjawiska. Cuda nas otaczają- wszem i wobec! Gorzej z zaaprobowaniem tych faktów. Hyh :D
A co, jeśli to my tworzymy cuda tylko tym, że w nie wierzymy? Co, jeśli te niezwykłe rzeczy, które tak trudno pojąć, w rzeczywistości są... normą?
Ludzki umysł jest czymś wspaniałym, ale i opornym. Świat roi się od ateistów i sceptyków. Czy, dlatego że po prostu trudno jest "dać nam wiarę" czemuś, czego nie możemy wyjaśnić za pomocą nauki, cuda są wyłącznie ludzkim wymysłem... lub bądź, co bądź, jednak wielką, niezbadaną sprawą?

czwartek, 11 sierpnia 2011

Ja- człowiek z marzeniami o sobie.

Każdy z nas ma marzenia. To normalne w tym stanie. W stanie człowieczeństwa.
Ja nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Jestem sceptyczna i to bardzo, dlatego, kiedy nie mogę mieć dowodu na... cokolwiek, to nie jestem w stanie w to uwierzyć. Nikt nie ma pewności, co do swojego przyszłego życia, bo czy ktoś jest na tyle zdolny by przewidzieć, co będzie się z nami działo za te parędziesiąt lat? No, tak... BÓG!!! Ale ja na razie nie miałam żadnego objawienia.
Kiedyś chciałam być aktorką i tak przez zakonnicę, panią architekt po adwokatkę i p. chirurg...
Taaaa... zrezygnowałam z bycia prawnikiem (co prawda tylko na kilka lat, ale...), ponieważ wszyscy zasiewali we mnie ziarno wątpliwości. Mogłabym ująć to tak: ja jestem lasem, a w tym lesie jest mnóstwo drzew o solidnych korzeniach. Nepotyzm, brak pewności siebie, itd., itp.
Chirurg- ja! Rozumiecie to?! Pragnęłam tego i to bardzo! Niestety, coś we mnie pękło i zdałam sobie sprawę z tego, jak wielkie byłoby to dla mnie wyzwanie, jak ogromna odpowiedzialność spoczywałaby na mych słabych barkach. Przysięga Hipokratesa... A co jeśli nie umiałabym jej dotrzymać?! A ja nienawidzę łamać danego słowa, tak więc zrezygnowałam i pożegnałam się z wizją bycia sławną p. neurochirurg.
Powróciłam do dawnego i tak malowniczego obrazu bycia p. mecenas :)
Cały czas się tego trzymam i nie zbaczam z prawidłowej ścieżki, ale to dość trudne w dzisiejszym świecie zapełnionym obłudą, pokusami, lenistwem i milionami innych odpowiedników zła.
Powiedziałam sobie, że tym razem nie dam się nikomu złamać! NIE!!!!!!!!!!! Trzy litery, tworzące słowo o dość jasnym przekazie... Tyle że to JA mogę "mnie" złamać za pomocą rozmaitych ewokacji, reminiscencji.
Chciałabym np. zbudować hotelik na jakiejś śródziemnomorskiej wysepce i cieszyć się życiem, a nie być uwikłaną w pracy kobietą.
Po prostu się pogubiłam i muszę odnaleźć moje JA. I to jeszcze zanim będzie za późno.
KTO WIE, MOŻE PÓJDĘ NA HOTELARSTWO? ;D

wtorek, 9 sierpnia 2011

nic konkretnego

Zanim zacznę: NAJLEPIEJ WSPOMINAM NAUCZYCIELKI Z PRZEDSZKOLA :D POZDRAWIAM!!!

Czasem mam ochotę zabić wszystkich tych, którzy porównują mnie do innych osób (chyba że do aktorów, wtedy się nie wkurzam :p), mówią, że jestem do nich podobna albo walą tekst: "Hej, ja cię skądś znam", choć wcale tak nie jest!!!!
Dziwne, co?
Może, sorry, wiem, że to trochę aroganckie, ale zdaję sobie sprawę z tego, iż każdy człowiek jest wyjątkowy, nawet ja, OK? Dla mnie, egoistki z wyboru- zwłaszcza ja!!! JASNE?!
Jak już to sobie ustaliliśmy, to fajno, fajno :)
No i mam duże usta, więc więcej jjjjem!!! :D

Co mnie boli? Co mnie wkurza? I za co "mnie" podziwiam :))) Zgadnijcie sami, co do czego...
1. Czuję, że czasem jestem zbędnym ogniwem na tym świecie
2. ... że mam ambiwalentny stosunek do ludzi (lubię ich i nienawidzę)
3. Nie potrafię podziwiać faceta za to, jak pięknie wiąże sobie sznurówki (MM)
4. ... że się zmieniam... na gorsze!!!!!
5. ... jestem grubą, bezkształtną formą poduszki, pozbawiona pięknej cery i straciłam wenę (znowu!!!)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

lekcja z życia

Uciekanie przed rzeczywistością jest cechą tchórzów. Cóż, więc przyznaję się do winy. I w ten oto sposób dołączyłam do grona ludzi, którzy nie mają "równo pod sufitem" . Dzieciństwo jest jak piękny sen, w którym nie ma złej miłości, narkotyków, alkoholu, śmierci i innych problemów. Jednak wraz z dorastaniem i zbliżaniem się do dorosłości zaczynamy się wybudzać, a to wcale nie jest takie przyjemne. Przekraczamy ten próg i.... wtedy znowu zaczynamy śnić, tyle że tym razem wchodzimy do koszmaru, z którego już nigdy nie będziemy w stanie się obudzić. Pewnie można kontrolować te wszystkie obrazy, ale to trudne i z życiem jest tak samo. Trzeba się naprawdę bardzo starać, żeby zapanować nad ciemnością, nad tym naszym pokręconym losem, bo musimy pokierować nim tak, abyśmy znów czuli się bezpieczni. Niekiedy pojawiają się tu ci, którzy chcą nami zawładnąć i zniszczyć wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy. Powolutku okradają nas z naszej tożsamości... zmieniamy poglądy... w ogóle SIĘ zmieniamy. Ktoś się zakrada do naszego umysłu i to my sami próbujemy popełnić duchowe samobójstwo.
Świat dorosłych jest tak poplątany, że trudno się z niego wydostać. Krzyczymy, wołamy o pomoc, ale nikt nas nie słyszy, nikt nie wyciągnie z tego bagna moralnego zepsucia. Ktoś nas rani, wiecznie popełniamy gafy, zakochujemy się w "nie tych, co trzeba", wpadamy po uszy w obsesyjną platoniczną miłość i fermentujemy się w zakorkowanej butelce... psujemy się. Tu nie mają wstępu nasi bliscy. Opadamy na dno, topimy się w swoich problemach i tak bardzo pragniemy poczuć się znowu dziećmi, beztroskimi maluchami, dla których nie istnieje zło, które nie boją się wykrzyczeć tego, co czują. Tłumimy w sobie emocje i kumulujemy złą energię, aż w końcu dochodzi do nieuniknionej eksplozji. Wtedy pojawia się nasz OSOBISTY ANIOŁ STRÓŻ i stawia nas do pionu, pomaga nam, już nie boimy się żyć! Koniec z depresją!
Co z tego, że dobrze się przy kimś czujemy i dogadujemy się, skoro ten ktosiek nie jest zarezerwowany dla nas. I choć tak beznadziejnie staramy się dobrnąć do celu, to tylko się ośmieszamy, cierpiąc przez czyjąś nieświadomość się ośmieszamy!!!! Darzymy ludzi sympatią i bezgranicznym, niewytłumaczalnym zaufaniem, lecz równie dobrze się załamujemy, gdy jakiś człowiek nas zawiedzie... nieświadomie!!! I co dalej? Chcemy pozostać ruiną? Wrakiem człowieka?! Życie toczy się dalej! Nie płaczmy nad rozlanym mlekiem! Co się stało, to się stało i trudno! Nie zmienimy tego, choćbyśmy tak bardzo i desperacko chcieli! AFIRMACJA to nasze jedyne rozwiązanie ;)))
Z POZDROWIENIAMI!!!