No dobra, człowieku! Czego Ty tak właściwie chcesz od tego życia? Hmmm... Trudny wybór. Tyle pokus, tak wiele opcji! Może najlepiej poddać się losowi? Tak, zdecydowanie. Zauważyłam, że ludzie caaały czas narzekają, a przecież nie kiwnęli nawet palcem, by żyło im się lepiej. Taka prawda- okrutna, dosyć bolesna- muszę przyznać, ale chyba się pomyliłam. To nie nasi partnerzy i przyjaciele zamykają nas w emocjonalnej klatce, gdzie pozbawieni jesteśmy tak przydatnego do normalnego i prawidłowego funkcjonowania tlenu, tylko my sami stajemy się własnymi oprawcami. Przecież tak naprawdę nic nie musimy. Bo, czy ktoś nam każe wstawać codziennie rano, jeść, spać? Nie! Może my jednak jesteśmy wolni, tylko po prostu lubimy zrzędzić i każdy powód jest dobry, żeby "trochę" ponarzekać? Bezsensowne, ale taka jest ta nasza "szara rzeczywistość". Problem tkwi w nas. Czyli metamorfozę należy rozpocząć od... od nas samych. Czyżbyśmy właśnie odkryli ten odwieczny mankament, uniemożliwiający nam dobrnięcie do wyznaczonego przez siebie celu, jakim jest posiadanie pełni szczęścia?! Byłoby cudownie.
P.S. POMOCY! Jak mam się zmotywować do dalszej pracy po tak dłuuuugiej przerwie?!
AAAAA!!! Rada na przyszłość: Podstawą każdego związku jest P-R-Z-Y-J-A-Ź-Ń. To solidny fundament, na którym bez obaw można budować szczęście. POWODZENIA!!! :D
ZAMYŚLONA :)))
czwartek, 29 grudnia 2011
środa, 28 grudnia 2011
Porcja nie do przełknięcia ...
Czy miłość jest dla odważnych, czy też dla tchórzy, którzy boją się samotnie spędzanych nocy? Każdy dzień jest dla mnie potwierdzeniem wcześniejszych podejrzeń na temat szkodliwości tego uczucia. Po co pchać się do tego niewolnictwa?! Miłość okrada z tożsamości każdego z nas. A wtedy się gubimy i bardzo trudno jest odnaleźć to nasze JA. No, ale przecież o tym wiemy... to dlaczego, mimo wszystko, pakujemy się w tę pułapkę? Dlaczego sami zamykamy się w tym emocjonalnym więzieniu? Stworzyłam wewnętrzną barierę, która być może mnie przed tym ochroni. Tylko ja po prostu nie mam takiej stuprocentowej pewności. A, wietrzcie, to baaaardzo potrzebne. Po jaką cholerę mamy poddać się temu uczuciu. Ono mydli nam oczy. Wydaje się, że ta druga osoba jest taka... nieskazitelna! Taaaa... ale jeśli między dwiema osobami nie ma przyjaźni, a wyłącznie zauroczenie, to... do wiedzenia, kochanie! Nasze życie zostaje odwrócone o 180 stopni, klapki spadają nam z oczy, a mgła zostaje rozwiana. I wtedy mamy obraz tego jak wygląda ten KTOŚ- tak naprawdę. Pozostajemy osamotnieni- bo "tkwimy w martwym związku- emocjonalnej kostnicy". Czy warto się poświęcać? Co jest ważniejsze MY czy JA? Może czasem trzeba pomyśleć o sobie.
PRZEBUDZONA ; )
PRZEBUDZONA ; )
niedziela, 25 grudnia 2011
Przepis na... ?
Jestem mieszanką "czegoś" z "czymś". Poza tym wyglądam jak olbrzymi i mało słodki słoń ze zbyt krótką grzywką. Nie chodzi tu o niekompetencje fryzjerki, ale wyłącznie o moje niezdecydowanie. I stanęło na tym... na czym teraz stoję JA. Hmmm.... Cały czas nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Szukam, ale nie potrafię "mnie" odnaleźć. A może z wiekiem my po prostu nie to, że tracimy część siebie, ale tworzymy miejsce na COŚ nowego, niepowtarzalnego- taki krok w kierunku spełnienia własnych ambicji i marzeń? Odkryłam, że Pepsi Twist poprawia mi humor i sprawia, że mam ochotę żyć dalej. SUPER! A gdyby naprawdę istniał PRZEPIS NA SZCZĘŚCIE, to kto by potem serwował TO danie główne? Zastanawiająca i w istocie, mało związana z kuchnią, kwestia. No i chyba warto się zastanowić, co daje nam radochę. Jeżeli chodzi o mnie, to... chyba pisanie, czytanie, dobre stopnie, rodzina, TV, filozofia i moje poglądy oraz ukochany Trampuś ;* (piesek rasy jamnik). Uciekam w tzw. "krainę marzeń"- i żeby było jasne- to nie ja ją stworzyłam, została wykreowana tysiące czy nawet i miliardy lat temu. Kto wie, może dinozaury też miały jakieś swoje fantazje? Np. taki Triceratops (mój ulubiony) baaaaaardzo chciał spotkać panią Triceratops lub otrzymać dożywotni zapas smakowitych roślinek. Żartuję, oczywiście- tak świątecznie :D Właśnie- obejrzyjcie "Holiday". Co z tego, że to komedia romantyczna, najważniejsze, że o świętach i podtrzymuje atmosferę!
Pozdrawiam cieplutko!
Pozdrawiam cieplutko!
sobota, 24 grudnia 2011
Świąteczny natłok myśli :D
Co z tego, że są święta? Co z tego, że mam na sobie piżamę w ukochane grochy i co z tego, że mam w domu dziwnie udekorowane drzewo (sztuczne, ale drzewo)? Nie czuję "magii świąt"! Nic nie czuję... poza smutkiem i jakąś pustką wywołaną brakiem emocjonalnego związku z jakimiś cholernymi tradycjami, które kiedyś napawały mnie radością. A teraz? Teraz to po prostu... zwykłe dni. No i... mam, co chciałam, lecz czegoś jednak mi żal... Właśnie oglądam "Holiday" i wierzę, że może kiedyś i ja odnajdę to, czego szukam... lub to, co utraciłam. Hmmm.... Zobaczymy. W końcu przede mną jeszcze kilkadziesiąt Gwiazdek (oby!) :D
czwartek, 22 grudnia 2011
Niezwykle świąteczny nastrój : )
I po raz kolejny przekonałam się, że banalne filmy mogą wiele wnieść do naszego życia. Wydaje nam się, że nie mają żadnego przesłania... bo może my chcemy tak myśleć. Żyjemy w erze, kiedy wszystko ma być "oryginalne" i "na miejscu", a tymczasem stajemy się bandą snobów, szukających "czegoś więcej". Odrzucamy to, co kiedyś sprawiało nam radość, a obok sklepów z zabawkami przechodzimy tak obojętnie, jakbyśmy nigdy nie byli dziećmi. Błagam! Pobudka! Skonfrontowałam swoje marzenia z rzeczywistością i doszłam do wniosku, że... ideały nie istnieją. Nie łudźmy się- prawda jest okrutna. No, dobrze... wiem, że to uczucie bezsilności nas zabija, ale co my tak naprawdę chcieliśmy zyskać? Może powinniśmy się zastanowić nad tym, czego pragniemy i co jest osiągalne w realnym świecie? Choć marzenia sprawiają nam przyjemność, to przecież nie możemy nimi żyć. One nie są powietrzem, którym oddychamy. Tlenu dostarczyć może tylko Prawda (przez duże P) :D Czy dla kogoś jest to mało zrozumiane? Bardzo możliwe. Nie każdy lubi żyć jak należy. W końcu Amelia też uciekała w ten niezwykły, wyimaginowany świat fantazji.
Mam takie pytanko: Dlaczego kiedyś, gdy byliśmy mniejsi, wszystko wydawało się... piękniejsze? Czuliśmy zapach nawet tych sztucznych choinek, wierzyliśmy w istnienie pewnego staruszka z długą i siwą brodą, który przynosi dzieciom prezenty... lub po prostu udawaliśmy przed rodzicami, że w niego wierzymy, aby nie sprawić im zawodu... A gwiazdka była symbolem, zwiastującym pojawienie się tego, na co tak naprawdę czekaliśmy. Ta adrenalina, kiedy otwierało się prezenty z nadzieją, że dostaniemy to, czego najbardziej pragnęliśmy. I rodzinna atmosfera... Z roku na rok coraz mniej ją czuję. Z wiekiem staje się ona dla mnie przezroczystą bańką, w której tkwię i która chroni przed wszelkim niebezpieczeństwem... no i przecież kiedyś pęknie, a ja... zostanę sama- taki wyraz pozbawionej złudnych nadziei na wymarzone święta dziewczyny. Czy to ma sens? Czy udawanie, że TO Boże Narodzenie będzie lepsze niż poprzednie, przyniesie jakiś efekt? I czy ściskanie komuś dłoni oraz życzliwość przy dzieleniu się opłatkiem owiane aurą sztucznych uśmiechów i fałszu jeszcze coś znaczą? Na pozór wszystko wydaje się perfekcyjne. Tylko udajemy, że jest tak w rzeczywistości. Sami zapędzamy się w kozi róg. Jesteśmy głusi, na to, co podpowiadają nam serce i rozum. Kierujemy się wyłącznie marzeniami, swego rodzaju pedantyzmem i czasem przesadzoną tradycją. A może właśnie w tym tkwi szkopuł? Być może wystarczy tylko otworzyć oczy i robić coś z PRAWDZIWĄ pasją? I wtedy się uda! W takim razie wszystkim Wam tego życzę. Z głębi mojego pulchniutkiego serducha!!! :*
P.S. A sobie życzę odkrycia prawdziwej atmosfery tych świąt... Odnalezienia tego, co kiedyś zgubiłam :)
Mam takie pytanko: Dlaczego kiedyś, gdy byliśmy mniejsi, wszystko wydawało się... piękniejsze? Czuliśmy zapach nawet tych sztucznych choinek, wierzyliśmy w istnienie pewnego staruszka z długą i siwą brodą, który przynosi dzieciom prezenty... lub po prostu udawaliśmy przed rodzicami, że w niego wierzymy, aby nie sprawić im zawodu... A gwiazdka była symbolem, zwiastującym pojawienie się tego, na co tak naprawdę czekaliśmy. Ta adrenalina, kiedy otwierało się prezenty z nadzieją, że dostaniemy to, czego najbardziej pragnęliśmy. I rodzinna atmosfera... Z roku na rok coraz mniej ją czuję. Z wiekiem staje się ona dla mnie przezroczystą bańką, w której tkwię i która chroni przed wszelkim niebezpieczeństwem... no i przecież kiedyś pęknie, a ja... zostanę sama- taki wyraz pozbawionej złudnych nadziei na wymarzone święta dziewczyny. Czy to ma sens? Czy udawanie, że TO Boże Narodzenie będzie lepsze niż poprzednie, przyniesie jakiś efekt? I czy ściskanie komuś dłoni oraz życzliwość przy dzieleniu się opłatkiem owiane aurą sztucznych uśmiechów i fałszu jeszcze coś znaczą? Na pozór wszystko wydaje się perfekcyjne. Tylko udajemy, że jest tak w rzeczywistości. Sami zapędzamy się w kozi róg. Jesteśmy głusi, na to, co podpowiadają nam serce i rozum. Kierujemy się wyłącznie marzeniami, swego rodzaju pedantyzmem i czasem przesadzoną tradycją. A może właśnie w tym tkwi szkopuł? Być może wystarczy tylko otworzyć oczy i robić coś z PRAWDZIWĄ pasją? I wtedy się uda! W takim razie wszystkim Wam tego życzę. Z głębi mojego pulchniutkiego serducha!!! :*
P.S. A sobie życzę odkrycia prawdziwej atmosfery tych świąt... Odnalezienia tego, co kiedyś zgubiłam :)
wtorek, 16 sierpnia 2011
lubię "rozkminiać"
Przepraszam bardzo, ale jeśli ktoś z Was myśli, że życie jest wieczne, a człowiek niezniszczalny, to bardzo przepraszam, lecz jest niczym zagubione dziecko. Cóż, tej wiary można tylko pozazdrościć. Ja, niestety, jestem dość sceptyczną osobą.
Dla mnie jedyne, na co nie potrzebuję dowodu, to istnienie Boga, bo to nie podlega dyskusji. Bóg istnieje, a nasi zmarli przodkowie opiekują się nami i kropka!
Dwa razy w życiu spotkało mnie coś niesamowitego... a może i więcej! Nie chcę tego zdradzać na forum publicznym, ale... TAK, cuda się zdarzają. I to codziennie. Cudem są narodziny, życie... nawet śmierć. Tylko człowiek ma tak dziwną konstrukcję, która zaburza wszelkie podstawy pojmowania tych, wydawałoby się, zwyczajnych rzeczy i uznawania ich za niesamowite zjawiska. Cuda nas otaczają- wszem i wobec! Gorzej z zaaprobowaniem tych faktów. Hyh :D
A co, jeśli to my tworzymy cuda tylko tym, że w nie wierzymy? Co, jeśli te niezwykłe rzeczy, które tak trudno pojąć, w rzeczywistości są... normą?
Ludzki umysł jest czymś wspaniałym, ale i opornym. Świat roi się od ateistów i sceptyków. Czy, dlatego że po prostu trudno jest "dać nam wiarę" czemuś, czego nie możemy wyjaśnić za pomocą nauki, cuda są wyłącznie ludzkim wymysłem... lub bądź, co bądź, jednak wielką, niezbadaną sprawą?
czwartek, 11 sierpnia 2011
Ja- człowiek z marzeniami o sobie.
Każdy z nas ma marzenia. To normalne w tym stanie. W stanie człowieczeństwa.
Ja nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Jestem sceptyczna i to bardzo, dlatego, kiedy nie mogę mieć dowodu na... cokolwiek, to nie jestem w stanie w to uwierzyć. Nikt nie ma pewności, co do swojego przyszłego życia, bo czy ktoś jest na tyle zdolny by przewidzieć, co będzie się z nami działo za te parędziesiąt lat? No, tak... BÓG!!! Ale ja na razie nie miałam żadnego objawienia.
Kiedyś chciałam być aktorką i tak przez zakonnicę, panią architekt po adwokatkę i p. chirurg...
Taaaa... zrezygnowałam z bycia prawnikiem (co prawda tylko na kilka lat, ale...), ponieważ wszyscy zasiewali we mnie ziarno wątpliwości. Mogłabym ująć to tak: ja jestem lasem, a w tym lesie jest mnóstwo drzew o solidnych korzeniach. Nepotyzm, brak pewności siebie, itd., itp.
Chirurg- ja! Rozumiecie to?! Pragnęłam tego i to bardzo! Niestety, coś we mnie pękło i zdałam sobie sprawę z tego, jak wielkie byłoby to dla mnie wyzwanie, jak ogromna odpowiedzialność spoczywałaby na mych słabych barkach. Przysięga Hipokratesa... A co jeśli nie umiałabym jej dotrzymać?! A ja nienawidzę łamać danego słowa, tak więc zrezygnowałam i pożegnałam się z wizją bycia sławną p. neurochirurg.
Powróciłam do dawnego i tak malowniczego obrazu bycia p. mecenas :)
Cały czas się tego trzymam i nie zbaczam z prawidłowej ścieżki, ale to dość trudne w dzisiejszym świecie zapełnionym obłudą, pokusami, lenistwem i milionami innych odpowiedników zła.
Powiedziałam sobie, że tym razem nie dam się nikomu złamać! NIE!!!!!!!!!!! Trzy litery, tworzące słowo o dość jasnym przekazie... Tyle że to JA mogę "mnie" złamać za pomocą rozmaitych ewokacji, reminiscencji.
Chciałabym np. zbudować hotelik na jakiejś śródziemnomorskiej wysepce i cieszyć się życiem, a nie być uwikłaną w pracy kobietą.
Po prostu się pogubiłam i muszę odnaleźć moje JA. I to jeszcze zanim będzie za późno.
KTO WIE, MOŻE PÓJDĘ NA HOTELARSTWO? ;D
wtorek, 9 sierpnia 2011
nic konkretnego
Zanim zacznę: NAJLEPIEJ WSPOMINAM NAUCZYCIELKI Z PRZEDSZKOLA :D POZDRAWIAM!!!
Czasem mam ochotę zabić wszystkich tych, którzy porównują mnie do innych osób (chyba że do aktorów, wtedy się nie wkurzam :p), mówią, że jestem do nich podobna albo walą tekst: "Hej, ja cię skądś znam", choć wcale tak nie jest!!!!
Dziwne, co?
Może, sorry, wiem, że to trochę aroganckie, ale zdaję sobie sprawę z tego, iż każdy człowiek jest wyjątkowy, nawet ja, OK? Dla mnie, egoistki z wyboru- zwłaszcza ja!!! JASNE?!
Jak już to sobie ustaliliśmy, to fajno, fajno :)
No i mam duże usta, więc więcej jjjjem!!! :D
Co mnie boli? Co mnie wkurza? I za co "mnie" podziwiam :))) Zgadnijcie sami, co do czego...
1. Czuję, że czasem jestem zbędnym ogniwem na tym świecie
2. ... że mam ambiwalentny stosunek do ludzi (lubię ich i nienawidzę)
3. Nie potrafię podziwiać faceta za to, jak pięknie wiąże sobie sznurówki (MM)
4. ... że się zmieniam... na gorsze!!!!!
5. ... jestem grubą, bezkształtną formą poduszki, pozbawiona pięknej cery i straciłam wenę (znowu!!!)
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
lekcja z życia
Uciekanie przed rzeczywistością jest cechą tchórzów. Cóż, więc przyznaję się do winy. I w ten oto sposób dołączyłam do grona ludzi, którzy nie mają "równo pod sufitem" . Dzieciństwo jest jak piękny sen, w którym nie ma złej miłości, narkotyków, alkoholu, śmierci i innych problemów. Jednak wraz z dorastaniem i zbliżaniem się do dorosłości zaczynamy się wybudzać, a to wcale nie jest takie przyjemne. Przekraczamy ten próg i.... wtedy znowu zaczynamy śnić, tyle że tym razem wchodzimy do koszmaru, z którego już nigdy nie będziemy w stanie się obudzić. Pewnie można kontrolować te wszystkie obrazy, ale to trudne i z życiem jest tak samo. Trzeba się naprawdę bardzo starać, żeby zapanować nad ciemnością, nad tym naszym pokręconym losem, bo musimy pokierować nim tak, abyśmy znów czuli się bezpieczni. Niekiedy pojawiają się tu ci, którzy chcą nami zawładnąć i zniszczyć wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy. Powolutku okradają nas z naszej tożsamości... zmieniamy poglądy... w ogóle SIĘ zmieniamy. Ktoś się zakrada do naszego umysłu i to my sami próbujemy popełnić duchowe samobójstwo.
Świat dorosłych jest tak poplątany, że trudno się z niego wydostać. Krzyczymy, wołamy o pomoc, ale nikt nas nie słyszy, nikt nie wyciągnie z tego bagna moralnego zepsucia. Ktoś nas rani, wiecznie popełniamy gafy, zakochujemy się w "nie tych, co trzeba", wpadamy po uszy w obsesyjną platoniczną miłość i fermentujemy się w zakorkowanej butelce... psujemy się. Tu nie mają wstępu nasi bliscy. Opadamy na dno, topimy się w swoich problemach i tak bardzo pragniemy poczuć się znowu dziećmi, beztroskimi maluchami, dla których nie istnieje zło, które nie boją się wykrzyczeć tego, co czują. Tłumimy w sobie emocje i kumulujemy złą energię, aż w końcu dochodzi do nieuniknionej eksplozji. Wtedy pojawia się nasz OSOBISTY ANIOŁ STRÓŻ i stawia nas do pionu, pomaga nam, już nie boimy się żyć! Koniec z depresją!
Co z tego, że dobrze się przy kimś czujemy i dogadujemy się, skoro ten ktosiek nie jest zarezerwowany dla nas. I choć tak beznadziejnie staramy się dobrnąć do celu, to tylko się ośmieszamy, cierpiąc przez czyjąś nieświadomość się ośmieszamy!!!! Darzymy ludzi sympatią i bezgranicznym, niewytłumaczalnym zaufaniem, lecz równie dobrze się załamujemy, gdy jakiś człowiek nas zawiedzie... nieświadomie!!! I co dalej? Chcemy pozostać ruiną? Wrakiem człowieka?! Życie toczy się dalej! Nie płaczmy nad rozlanym mlekiem! Co się stało, to się stało i trudno! Nie zmienimy tego, choćbyśmy tak bardzo i desperacko chcieli! AFIRMACJA to nasze jedyne rozwiązanie ;)))
Z POZDROWIENIAMI!!!
środa, 20 lipca 2011
filozofowanie
Wydawałoby się, że to nas nie dotyczy. Że to coś zupełnie odległego. Sami zamykamy się w klatce, myśląc, że w ten sposób się przed tym ochronimy. Tyle że w klatce są tzw. szpary i przez nie wszystko widzimy. Staramy się odwracać wzrok, kiedy coś nie idzie po naszej myśli, ale... rzeczywistość w końcu nas dopada, przytłacza. Prawda jest taka, że śmierć jest wszędzie. Niestety, ona nas dotyczy. Dotyczy naszych bliskich, sąsiadów, a uświadamiamy to sobie dopiero wtedy, gdy otworzymy oczy. Musimy nauczyć się żyć i akceptować to, co wydaje się być aksjomatem. Choć, być może, czasem to dość absurdalne. Nie zawsze potrafimy robić coś wbrew sobie. To naprawdę trudne, bo prowadzimy wewnętrzną walkę- jednocześnie wygrywamy i przegrywamy.
niedziela, 26 czerwca 2011
c'est la vie
Właśnie: co ja mam robić? Są wakacje, a przede mną tyle spraw do załatwienia.
1. Przetłumaczyć fragment francuskiej prozy
2. Zapoznać się z tym fragmentem i z francuskim wierszem
3. Nauczyć się rodzajów łączeń
4. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać lektury, przygotowujące do olimpiady historycznej
CUDNIE!!!
Trzy pierwsze punkty zaliczę w sierpniu, ale nie wiem, co z tymi książkami historycznymi.... może zajmę się nimi po powrocie do domu... a mogłabym zrobić to wcześniej, gdyby nie to, że lektury są niedostępne...
POMOCY!!!!
WARIUJĘ!!!
niedziela, 19 czerwca 2011
Ludzie są dziwni, a jednak potrafią być również wyjątkowi ;)))

Dziś skończyłam oglądać (po raz n-ty) ostatni odcinek czwartej serii najgenialniejszego serialu na świecie.

Wiecie, co jest zabawne? Hm? Że pomimo tego, iż nie należę do osób, które wierzą w wielką miłość, bo takowa nie istnieje i zdania, co do tego nie zmienię, oraz do osób, charakteryzujących się ckliwością i miękkim sercem, to potrafię się wzruszyć (oczywiście łzy nie są aż tak widoczne, bo tylko lekko zwilżają moje oczy, ale to zawsze coś).
Często zadawałam sobie pytanie: Dlaczego ludzie aż tak kochają te wszystkie seriale? Wręcz się od nich uzależniają? Nie mam tu na myśli tylko MAGDY M., ale też inne.
Bo ich życie nie dostarcza im tego, czego by tak naprawdę chcieli. Wielka miłość, cudowne ozdrowienie, itp. Oczywiście w realu takie rzeczy też się zdarzają, ale to unikalne przypadki.
Wkurza mnie to, kiedy ktoś wyjątkowo częste oglądanie TV uważa za bezcelowe i głupie. Ludzie, może byście tak przyjrzeli się sobie, co? Jeśli jesteście szczęśliwi, to przestańcie uniemożliwiać to innym ludziom- tej "gorszej" części naszej społeczności! Do cholery!!!
MAGDA M. - kocham ten nie tylko za główny miłosny wątek, ale też za masę innych rzeczy: za moje zamiłowanie do tych wszystkich gadżetów, za to, że dzięki temu serialowi tak często zaglądałam do słownika języka polskiego, za to, że Magda stała się moim autorytetem, nieodłączną cząstką mnie samej.
Ona też nie wierzyła w miłość, a jakoś jej się udało. To daje nadzieje na lepsze jutro...
Udowodniła mi, że marzenia się spełniają, nawet te mało prawdopodobne do zrealizowania.
Jestem uparta... ona też była. Wskazałaś mi właściwą drogę i za to Ci, Madziu, dziękuję!
Stała się patronką wyznawanej przeze mnie zasady: "Najpierw praca, później przyjemności".
Kocham to, że zawsze była taka odpowiedzialna i nie zaniedbywała swoich obowiązków.
W pewnym stopniu jest dla mnie przewodnikiem życiowym, wyimaginowaną przyjaciółką, stawiającą mnie do pionu za pomocą warkoczyka.
Towarzyszy mi na każdym kroku.... nawet wtedy, kiedy myślałam, że jest inaczej.
Prowadzi mnie za rękę po tej mojej krętej drodze już od, zdaje się, piątej klasy podstawówki.
Pnie i Panowie! "Taka właśnie jest, taka właśnie jest Magda M."
Dziękuję również ludziom, którzy pracowali przy produkcji tego serialu, bo bez nich nie mogłabym powiedzieć, że jestem spełniona.
No i oczywiście dziękuję za cudowne piosenki!!! ;)))
piątek, 22 kwietnia 2011
Z serii: OPOWIEŚCI ;D
Taka noc, że nic się nie pamięta. Co ja mam z tym zrobić? Po prostu zaakceptować? Znowu powracam do tamtego dnia. Tyle się wydarzyło. Miałam wrażenie, że to trwało wieki, ale tak naprawdę tylko parę sekund. Parę sekund, które zmieniły moje życie.
Nigdy nie byłam żadną gwiazdą. Zawsze się potykałam o różne rzeczy. Unikałam kontaktu z ludźmi. Moim wiernym przyjacielem stał się notebook, dzięki któremu zaczęłam pisać. Jednak to wszystko uległo zmianie, kiedy tylko przekroczyłam ten próg liceum.
Zawsze sądziłam, że będę w życiu sama. Bo taki mój los ;) Uważałam, że nie jestem godna nikogo na tym świecie. Najchętniej zamknęłabym się w izolatce. Przynajmniej wtedy miałabym pewność, że jestem całkiem sama. Praktycznie i tak byłam... Mieszkam ze starszą siostrą- prymuska, studentka. Kochałam ją... znaczy wciąż ją kocham, ale ona była taka zabiegana. Nie miałam serca, żeby jej zawracać głowy swoimi sprawami... tym samym się do niej oddalałam i przestałam czuć tę więź, która kiedyś tak bardzo nas do siebie zbliżyła.
Ten dzień, o którym wspomniałam, dzień, który zmienił moje życie... to wydarzyło się prawie rok temu. Nie znałam życia. Ktoś musiał mnie poprowadzić. I wtedy... i wtedy pojawił się On. Mój przyjaciel. Oczywiście nie zwracałam na niego najmniejszej uwagi. To, że myślałam, iż na nikogo nie zasługuję, nie oznaczało, że byłam taką grzeczną dziewczynką. Trochę olewałam tych ludzi. Nie chciałam ich do siebie dopuścić, wręcz przeciwnie- zniechęcić, by ani oni, ani ja nie musielibyśmy cierpieć.
Czekaliśmy, a właściwie należałoby w moim przypadku rzec: Czekałam na nauczycielkę. Inni uczniowie rozmawiali na jakieś mało ciekawe i wartościowe tematy. Nie żebym podsłuchiwała, ale czasem to nie zależy od nas, chcąc, nie chcąc możemy usłyszeć rzeczy, które w rzeczywistości nie są przeznaczone dla naszych uszu.
Nagle poczułam, że ktoś mnie obserwuje. W przypływie nie tyle złości, co zdziwienia postanowiłam poszukać wzrokiem tego lustrującego mnie delikwenta. Przejechałam po twarzach wszystkich moich rówieśników, ale nie dostrzegłam niczego niepokojącego. W końcu Go znalazłam. Stał, podobnie jak ja, odizolowany od reszty. Wbity w kąt pomiędzy oknem a filarem wpasował się w tę przestrzeń. Był "niczego sobie", jakby to określiła moja siostra. Chyba się zarumieniłam. Byłam zszokowana moim zachowaniem, bo nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego. Nie pozwalałam sobie na tego typu ekscesy. Uspokój się- przywołałam samą siebie do porządku. Poskutkowało. Wróciłam do obserwowania podłogi. No i znowu! Wcześniej się odwrócił, kiedy Go namierzyłam, ale teraz się nie wywinął. Hm? Uśmiechnął się. Do mnie? Wyglądał raczej na ponuraka. Czemu miałby to robić?
Cóż, przyszła nauczycielka i zaczęła się lekcja. Niezwykle nudne prezentowanie swojej osoby. Jak zwykle kto chciał to mówił dużo, a kto nie- wystarczyło tylko imię. Nienawidzę tego. Kiedy nadeszła kolej na mnie (byłam ostatnia- uroki nazwiska na "Z") ów chłopak, który okazał się Danielem, ni stąd, ni zowąd wykazał zainteresowanie, co przejawiał się w jego uroczym, na swój sposób, spojrzeniu.
OK, minęły wszystkie lekcje. Nie zadali nam nic, toteż na razie nie ujawniła się moja natura kujonki. Wracałam do domu na skróty. Coś nie dawało mi spokoju. Miałam rażenie, że ktoś mnie śledzi. Odwróciłam się i zobaczyłam Go. Stanęłam jak wryta. Nie wiem, ile to trwało i czy miałam rozdziawione usta, ale nic mnie to nie obchodziło, bo poza moim zirytowaniem i buchającą z uszu parą nie byłam w stanie się na niczym skupić. On się tylko uśmiechał. Później uśmiech przerodził się w śmiech, co wywołało u mnie jeszcze większą irytację.
- Dobra- zaczęłam spokojnie- Coś ci zrobiłam? Masz jakiś problem? Bo nie bardzo rozumiem...
- Wiedziałem, że to ty! Maja Maria Zafer. Nie poznajesz mnie, prawda? Tak myślałem. Bo wiesz, ja się zmieniłem. Za to ty wcale. Wciąż te same oczy...
- Chyba się pogubiłam. - wyznałam, wciąż zirytowana
- Rozumiem. To ja...
- Wow! Dużo mi to daje...- nagle przerwałam- Nie, to niemożliwe. Przecież ty mieszkasz w Warszawie. To ty? Daniel Antonii Wierzbicki?!- szoooooooook!!!
- Przeprowadziłem się z rodzicami do Krakowa. Tata został przeniesiony- awansował staruszek- pochwalił się
- Ale jak? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Kontakt nam się urwał po tym, jak... no wiesz. Kiedy wyjechałaś, nie mogłem dojść do siebie. Ucieszyłam się, gdy rodzice mi oznajmili, że przeprowadzamy się do Krakowa. Szukałem cię, ale nie mogłem znaleźć. A tu! My! W tej samej klasie! Chodźmy gdzieś ! Musimy pogadać...
STOP!!!
Wyjaśnienia: Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy byłam w szóstej klasie podstawówki. Moja siostra kończyła wtedy prawo. Potem miała zrobić aplikację i iść na staż do jakiejś prestiżowej kancelarii. Wszystko było załatwione. Rodzice chcieli jej osobiście pogratulować i postanowili, że pojadą do Krakowa, by to zrobić. Jednak pewien pijany kierowca tira pokrzyżował im plany. Zjechali z trasy, rozbili się i wpadli do wody. Kamila natychmiast wróciła do Warszawy. Wzięła dziekankę i zajęła się wszystkimi sprawami (łącznie z pogrzebem). Nikt nam nie pomógł. Nie mieliśmy żadnej rodziny. Znajomi tylko udawali, że tak im przykro. Chcieli mnie wziąć do domu dziecka, ale moja siostra postanowiła, że zamieszkam razem z nią. Miała własny apartament w Krakowie- rodziców było na to stać. Tata był prawnikiem, a mama kardiochirurgiem. Ja też marzę o chirurgii. Kamila wróciła na uczelnię i skończyła studia z wyróżnieniem. Zrobiła aplikację i odbywała staż w najlepszej kancelarii w mieście. W międzyczasie rozpoczęła drugi kierunek- filologię angielską (byłam wtedy w pierwszej klasie gimnazjum). Ona jest niesamowita. Pracuje w kancelarii i ma czas na kolejne studia. Niedawno dowiedziałam się, że to już ostatni rok jej nauki, bo ma szansę zdać egzamin końcowy nieco wcześniej. Kiedy skończę naukę w pierwszej klasie liceum, ona ukończy studia.
A Daniel? Daniel był moim jedynym przyjacielem, od kołyski. Tylko za nim tęskniłam przez te trzy lata krakowskiego gimnazjum. Nie zaprzyjaźniłam się z nikim. Teraz on wrócił!!!
Cieszę się- Kamila powiedziała, że będzie miała dla mnie więcej czasu.
Cieszę się- Daniel ze mną rozmawia.
Cieszę się- odzyskuję bratnie dusze.
Jest mi smutno- wciąż nie ma rodziców...
Więc pytam- KIEDY WRÓCICIE?
...
piątek, 1 kwietnia 2011
coś dla duszy
Czasem się tak dzieje, że tworzymy w naszej głowie jakiś niezwykły plan. Jesteśmy na 100 % pewni, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Niektórych rzeczy nie jesteśmy, jednak, w stanie przewidzieć. Niekiedy śmierć, jakieś inne zdarzenie, działania różnych osób są w stanie pozbawić Cię nadziei. Wiele ludzie upada i nie podnosi się, bo nie jest w stanie. Dzisiejszy świat gardzi wrażliwym człowiekiem. Trzeba mieć "twardą dupę", bo inaczej skończysz na wysypisku śmieci, którym jest ta sterta osób wykończonych przez to wszystko, co nazywamy władzą (nie mam tu na myśli polityki). Nie można się załamywać, bo to do niczego nie prowadzi. To Cię niszczy. Od środka pożera. Za każdym razem, kiedy wywiesisz przed sobą białą chorągiewkę, to będzie to oznaczać, że tracisz kolejną część siebie. A przecież chyba lepiej jest zwrócić swój ból w inną stronę- zrobić z niego fundament, na którym zbudujesz niezniszczalną pewność siebie i tej struktury nikt nie będzie w stanie zniszczyć.
sobota, 26 lutego 2011
hmmm...
Zajebiście jest mieć fazę! A jeszcze, jak ktoś Ci towarzyszy! Bo samotne fazy są bez sensu. Wolę grupowe seanse ;)
Niektórym łatwo przychodzi granie innych postaci, ale czasem tak bardzo dają się wciągać w ten nierealny świat, że trudniej jest im być sobą tak na co dzień. Najgorszą siecią, w jaką człowiek może wpaść jest sieć kłamstw. Trochę można by to porównać do ruchomych piasków- im bardziej się "szarpiesz", tym szybciej "toniesz". Z siecią jest tak samo: wszystko się do niej klei... i Ty też... chcesz się z niej wydostać, a mimo to dalej brniesz i siedzisz w tym bagnie.
Czasem nie wiem, kim jestem. Czy należę do tych "spoko-loko" czy do tych "pan flegmatyk- matematyk". Może jestem i jednym, i drugim? Mogę być paczką chipsów i opakowaniem słodkich ciasteczek jednocześnie? Może mogę...
piątek, 25 lutego 2011
UGH!!!!!!!!!!
Nienawidzę insynuacji, jakobym ja była leniem!!! Wiem, caaaały tydzień w domu. OK, zdążyłam się troszkę "opuścić", ale starałam się trzymać swoją naukową formę. Nadrobiłam... jakoś, choć nie do końca. Nie mogłam nawet wypożyczyć lektury, którą muszę przeczytać, dosłownie, na wczoraj!!! Wkurzona, sfrustrowana i przygnębiona.... oto obraz dziewczyny, jaki w tej chwili reprezentuję! Poproszę o numer do szpitala psychiatrycznego! Czy istnieje jakaś organizacja, zajmująca się gatunkami na wymarciu... w sensie takimi świrami jak ja? Potrzebuję pomocy sztabu specjalistów! Moja chora ambicja, tak przeze mnie uwielbiana, zanika, a na jej miejscu pojawia się.... leń!!! Matko! Ja muszę do Choroszczy i to szybko! Nie ma żartów. A jak zamienię się w psychopatkę, latającą z piłą mechaniczną za swoimi przyjaciółmi?! Cóż, można by rzec, że to wina horrorów. W końcu ten gatunek potrafi wpłynąć na psychikę czubka. Będę wdzięczna choćby za jedną radę! Moje wady zostają powiększone do rozmiarów dziwactwa (zapożyczenie z cytatu...)... Aaaaaaa...!!!!!
P.S. Przytłacza mnie widok romańskich i gotyckich zabytków!!!
poniedziałek, 21 lutego 2011
"les temps sont durs pour les reveurs"... rozkminka;)))
Nie wiem, dokąd zmierzam
Nie wiem, czy gdzieś dojdę
Jedno wiem na pewno,
Że On jest moim Słońcem...
Czas na kolejne powiedzonko: "Miłość jest jak astma, bo w końcu któryś z jej ataków może Cię zabić..." lub "W życiu jak na drodze, panuje zasada ograniczonego zaufania" (to drugie nie jest moje)
Czasem zdaję sobie sprawę z tego, że wiele rzeczy mi umknęło... i wielu z nich nie da się powtórzyć. Jestem w pierwszej klasie liceum. Czego żałuję? Otóż tego, że już niedługo ktoś inny będzie w pierwszej klasie, a potem w drugiej i trzeciej. Ja odejdę i będę się zamartwiała tym, że straciłam tylu kumpli, bo czasu nie wrócę. Trzecie klasy odchodzą....
Niedawno rozpoczęłam 17 rok mojego jakże ciekawego życia. Czuję się stroooooo!!!! Na serio! Dlaczego musiałam się urodzić w lutym?! Wolałabym coś jak listopad lub grudzień. Wtedy miałabym tę świadomość, że jestem młodsza i w ogóle...
...a moja mama postradała rozum! Ja TYLKO kaszlę, a ona wmawia sobie i mnie, że ja mam zapalenie płuc i obawia się, iż zachoruję na świńską grypę. Mamusiu, bez obaw!!! Jestem okazem zdrowia.
Uważam, że ostatnio się rozleniwiłam i muszę się zmotywować do pracy. Tyle rzeczy mnie rozprasza!!!!!!!! Nie mogę się skupić! Pomocy!!!!!!
Pozdrawiam moich nielicznych czytelników i życzę Wam udanego dnia!!!
Choć żyję w cieniu,
to życie ucieka,
lecz wiem już na pewno,
czym jest los człowieka...
sobota, 19 lutego 2011
...
Są takie dni, kiedy po prostu chce Ci się ryczeć w poduszkę. Dlaczego tego nie robisz? Bo nie chce mi się chcieć. Odpowiedź adekwatna do wartości IQ. Co mnie denerwuje? To, że niektórym nie podoba się to, iż mądrzy ludzie ujawniają swoją prawdziwa twarz.
sobota, 12 lutego 2011
brak mej muse
Ostatnio wiele się dzieje. Życie na pełnych obrotach, zmęczona- tak, sen- mało. Wniosek- trzeba odpocząć! Miło było potrzymać w rękach gitarę, na której tak dawno nie grałam. Dźwięk, który wydawał ten instrument wprawił mnie w błogostan! Zdaję sobie sprawę z tego, iż nie jestem szczególnie uzdolniona, ja po prostu brzdąkam... ale czy to nie o to chodzi? O granie dla satysfakcji, radości? Nie obchodzi mnie to, co sobie inni pomyślą. Zatracam się we własnej muzyce, rzadziej gram cudze piosenki. Czy wychodzi mi to na dobre? Nie wiem. Jak na razie- brak natchnienia. Czekajcie z cierpliwością;)))
czwartek, 3 lutego 2011
stuknięta? zdecydowanie!!!
Mam wrażenie, że coś tu nie gra. Ten świat wariuje. Teraz panuje moda na głupotę, a wśród moich rówieśników jest wielu takich snobów. To naprawdę chore i takie upokarzające, jeżeli chodzi o reprezentowanie naszego pokolenia. Nie chcę, abyśmy byli znani tylko ze swoich szalonych wybryków. Chcę czegoś więcej- wiedzy o świecie, rozmów o czymś, co nie ma związku z paznokciami przyjaciółki. Potrzebuję dojrzałości. Uwielbiam gadki o pierdołach, ale tak się nie da żyć wiecznie, bo to w końcu nas dopadnie i wykończy. Wyssie całą chęć życia. Zostanie tylko pusty człowiek uformowany na podobieństwo manekina, bezmózgiego osobnika, którym da się tak łatwo sterować. Wiele instytucji myli swoje obecne funkcje z tymi wygórowanymi. Oni chcą nami manipulować. Pragną, abyśmy stali się ich kukiełkami. Tyle że ja nie chcę, aby ktokolwiek pociągał za sznurki, bo to jest moje życie i "każdy ma niezbywalne prawo do zmarnowania go sobie". Rutyna doczesnego świata zakuła nasze pokolenie w kajdany trendów. Wiem, że to się szybko nie skończy, bo snobizm rozprzestrzenia się szybciej niż wirus. Aby go pokonać potrzeba odwagi i niewielu mamy bohaterów w tych czasach. Ja mam nadzieję być jednym z nich. Chcę przejąć stery nad własnym życiem. I choć to morze jest pełne niebezpieczeństw, czyhających monstrów i groźnych fal, to wiem, że dam radę przez to przejść, bo nie jestem odosobniona w swoich chorych ambicjach, które doprowadzą mnie do osiągnięcia celu, będącego najlepszym dowodem na zakończenie tej całej farsy. Moi przyjaciele pragną normalności, rodziny, stabilizacji, ale ja się odłączyłam od nich i zajdę gdzieś dalej, ale gdzie, to tego już nie mogę być pewna. Wiem jednak, że uda mi się sprawić wiele cudów, dzięki którym moi najbliżsi postawią na piedestale nie tyle wizję, co realia, dotyczące spełnienia ich najgłębszych pragnień. Jestem strażniczką ich "krainy szczęśliwości" i nie dopuszczę byle kogo do tego niezwykłego świata. Będę niczym lwica i obronię swoje małe przed najgorszym atakiem hien. ... bo źli ludzie nie mają prawa przebywać w świecie wyobraźni, w którym miłość bierze górę nad wszelkimi innymi rzeczami. Może i piszę bez składu i ładu, ale na bank znajdzie się ktoś, kto mnie zrozumie i moje słowa dotrą do niego, zaczną kiełkować w sercu i zawładną umysłem. Proszę o kubek gorącego zrozumienia dla wariatki- jej życie ma sens, bo ona chcę dokonywać własnych wyborów i robić wielkie rzeczy dla nas wszystkich!!!
sobota, 29 stycznia 2011
myśli
Gram w nowej sztuce, pt: "Życie idealne". W związku z tym uczę się nowej roli. Całkiem naturalne zachowanie- ja jako idealny człowiek. Taaa... a to tylko taki cudny sen! Baaa!!! Chciałoby się. Weź się lala uspokój! Jesteś zwyczajną laską bez jakiejkolwiek pięknej perspektywy na przyszłość. Karina szczęśliwości. Nie, Ok, poważnie... Muszę się wziąć do roboty! Moje marzenie- być reżyserem (nie piszę 'reżyserką', gdyż nie chcę być utożsamiana z żadnym specjalistycznym pomieszczeniem). Krok pierwszy- kupić kamerę! POWODZENIA!!! Niedługo urodziny, to może i trochę kaski przybędzie. Potem to już tylko błagać rodziców o kilka stów- żeby się dołożyli. Wiem- nie nastawiać się, bo kiedy coś pójdzie nie tak (a to baaaardzo prawdopodobne), wtedy bye, bye kamero! Ugh! Proszę, proszę, proszę!!! Tak strasznie mi na tym zależy. Uwaga!- nie robić tzw. "słodkich oczek", bo to nic nie da. Uwierzcie- próbowałam. Szczerość przede wszystkim! Trzymajcie kciuki! Może się kiedyś nauczę... w sensie- zreflektuję? Ja? Nieeeee.... ;D
piątek, 28 stycznia 2011
wyznania?
Jak to jest, co? Narkoza. OK, ale tak na poważnie- narkoza? Co to za przeżycie wie tylko ten, kto tego doświadczył. Jakaś siła pozbawiająca Cię możliwości odbierania bodźców. Zaburzona percepcja, hę? Jeśli nikt nie dał Ci tzw. "głupiego Jasia", to, niestety, ale jesteś świadom tego, co się dzieje. Narkoza to dla mnie pewien proces, składający się z kilku faz. Początkowo jest OK, lecz później tracisz zdolność władania swoimi członkami. Własne ciało odmawia Ci posłuszeństwa. To straszne, kiedy masz wrażenie, iż nie oddychasz. Jednak gdzieś w głębi duszy zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest pod kontrolą, bo czujesz (jakoś?) przepływ powietrza i jego zbawienne działanie. Gdy się budzisz, masz uczucie, iż minęła zaledwie sekunda- dla Ciebie to tylko sekunda, ponieważ praktycznie Cię nie było, ale dla tych, którzy tam byli, to nie jedna chwila, lecz jakieś dwie godziny(?). Podczas tego "snu" widzisz ... hmmm... nic nie widzisz... wielkie nic- tam jest biało. Ja pod koniec miałam coś w rodzaju dwóch wizji- widziałam bohaterki swojego ulubionego serialu, a po drugiej stronie czułam okropny ból- tak, jakby ktoś kopał łopatką dziurę w moim brzuchu, cóż... i tak nikt mi w to nie uwierzył... prawie;D Zastanawiam się, czy być może wtedy widziałam się ze swoim zmarłym dziadkiem, rozmawiałam z nim? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że obudziłam się zalana łzami, ale myślę, iż to tylko przez ten nieziemski ból. Uwierzcie, że nie ma niczego gorszego, jak odczuwanie skutków rozciętej tkanki mięśniowej. Dzięki Bogu, dostałam leki przeciwbólowe!!! Co to była za ulga!!!
środa, 26 stycznia 2011
non
Czasem chce mi się ryczeć w poduszkę, ale tego nie robię, bo to nie w moim stylu. Trzymam się na dystans od tych wszystkich babskich rzeczy, które prowokują facetów do dodawania coraz to nowszych bzdur do stereotypu kobiety. Kurde, czy ja mam wypisane na czole "baba", jeśli tak to z góry przepraszam. Mogę tylko powiedzieć: "Sorry, Bóg tak chciał". Mogę, ale tego nie robię. Dlaczego? Bo jestem dziwna. Nowinka na dziś: nie lubię, gdy ktoś czuje si winny. Jestem za tymi, co krzywdzą, a nie za krzywdzonymi. Żeby było jasne- szkoda jest mi tylko tych, którzy naprawdę żałują swego złego czynu. Kolejna sprawa do zapisania na liście dziwoląga. Ugh!!! Jakiś niefajny dzień. Zdecydowanie nie należał do mnie. Idę pogryźć poduszki! Pa!!!
sobota, 22 stycznia 2011
Wstęp
Każdy z nas ma jakieś marzenia. Wycieńczony sportowiec marzy o odpoczynku, ale zawsze jest dumny z dotarcia do mety, a obolałe mięśnie są swego rodzaju radosnym wspomnieniem wygranej. Każdy z nas chce czegoś innego. Moja babcia chciała mieć mopsa, a dostała jamnika (choć jakoś jej to nie przeszkadzało). Sąsiadka mojego wujka chciała mieć garbusa, ale jej mąż kupił malucha- też się cieszyła. Czasem po prostu dostajemy coś innego i ten dar może nas równie mocno ucieszyć lub nawet bardziej, niż gdybyśmy otrzymali tę pierwotnie upragnioną rzecz. A ja? Ja się nie obnoszę z marzeniami. Nie mam ochoty wykrzyczeć światu prawdy o swoich uczuciach. Okrywam swoje życie płachtą wesołości. Rozbawiam, pocieszam. Jestem terapeutką, lekarzem od załamań nerwowych po zepsutą randkę. Nie wyciągam szyi jak żyrafa po liście. Mój świat jest zbyt wielkich rozmiarów, a ja jestem tylko jednym z tych licznych krasnoludków, które noszą kolorowe czapeczki i wtapiają się w tłum swoich rówieśników. Nie błyszczę, bo nie jestem gwiazdą. Ten, kto błyszczy nie jest tajemniczy. Ten, kto czeka na włączenie światełka w odpowiednim momencie, najbardziej zaskakuje. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że ci wszyscy ludzie, którzy się jakoś specjalnie nie wyróżniają są naprawdę niezwykli. Ja to wiem, bo ich znam!
Dla mnie każdy jest niesamowitym elementem tego zwariowanego świata. Nie potrafię kogoś nienawidzić. Kieruję się empatią. Wyobrażam sobie, że to ktoś mnie nienawidzi. Myślę sobie:" OK. Życie mam tylko jedno i nie chcę się czuć jak jakiś natrętny śmieć, bo zmarnuję swoją szansę na szczęście w przyszłości". Wiem- reinkarnacja. Nie żebym krytykowała, ale czasem wydaje mi się, że to taka nadzieja dla desperatów. Nikt nie jest bezwartościowym człowiekiem. U każdego można znaleźć coś pozytywnego. Jesteśmy zlepkiem zalet i wad.
Nie lubię: zamykania drzwi cudzych samochodów, dotyku zimnej gąbki, nasączonej płynem i malowania się. Lubię: zapach nowych książek, ciepło odkurzacza i rozgryzanie witaminy C.
Z każdym dniem przekonuję się, że jestem dziwna. Ludzie nie muszą mi tego mówić. Ja to po prostu wiem i szczerze- dobrze mi z tym!!! Normalnych jest jak na lekarstwo, a świat potrzebuje jakiejś odmiany. Czy na lepsze? Na bank!!!
Chodzę do liceum. Uwielbiam to miejsce i tych ludzi! Nigdy nie spotkałam tak życzliwych i przyjaznych osób. Aż chce się tam chodzić. Do szkoły!!! Gorzej ze wstawaniem. Kiedy alarm w komórce daje o sobie znać o godzinie 6.00 rano, ciężko jest wyleźć spod ciepłej kołderki (w moim przypadku raczej śpiwora). Widok śpiącej siostry zachęca do powrotu do łóżka i jednocześnie przeszkadza w dalszych czynnościach. Cóż- zwalczam lenia;)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)