No dobra, człowieku! Czego Ty tak właściwie chcesz od tego życia? Hmmm... Trudny wybór. Tyle pokus, tak wiele opcji! Może najlepiej poddać się losowi? Tak, zdecydowanie. Zauważyłam, że ludzie caaały czas narzekają, a przecież nie kiwnęli nawet palcem, by żyło im się lepiej. Taka prawda- okrutna, dosyć bolesna- muszę przyznać, ale chyba się pomyliłam. To nie nasi partnerzy i przyjaciele zamykają nas w emocjonalnej klatce, gdzie pozbawieni jesteśmy tak przydatnego do normalnego i prawidłowego funkcjonowania tlenu, tylko my sami stajemy się własnymi oprawcami. Przecież tak naprawdę nic nie musimy. Bo, czy ktoś nam każe wstawać codziennie rano, jeść, spać? Nie! Może my jednak jesteśmy wolni, tylko po prostu lubimy zrzędzić i każdy powód jest dobry, żeby "trochę" ponarzekać? Bezsensowne, ale taka jest ta nasza "szara rzeczywistość". Problem tkwi w nas. Czyli metamorfozę należy rozpocząć od... od nas samych. Czyżbyśmy właśnie odkryli ten odwieczny mankament, uniemożliwiający nam dobrnięcie do wyznaczonego przez siebie celu, jakim jest posiadanie pełni szczęścia?! Byłoby cudownie.
P.S. POMOCY! Jak mam się zmotywować do dalszej pracy po tak dłuuuugiej przerwie?!
AAAAA!!! Rada na przyszłość: Podstawą każdego związku jest P-R-Z-Y-J-A-Ź-Ń. To solidny fundament, na którym bez obaw można budować szczęście. POWODZENIA!!! :D
ZAMYŚLONA :)))
czwartek, 29 grudnia 2011
środa, 28 grudnia 2011
Porcja nie do przełknięcia ...
Czy miłość jest dla odważnych, czy też dla tchórzy, którzy boją się samotnie spędzanych nocy? Każdy dzień jest dla mnie potwierdzeniem wcześniejszych podejrzeń na temat szkodliwości tego uczucia. Po co pchać się do tego niewolnictwa?! Miłość okrada z tożsamości każdego z nas. A wtedy się gubimy i bardzo trudno jest odnaleźć to nasze JA. No, ale przecież o tym wiemy... to dlaczego, mimo wszystko, pakujemy się w tę pułapkę? Dlaczego sami zamykamy się w tym emocjonalnym więzieniu? Stworzyłam wewnętrzną barierę, która być może mnie przed tym ochroni. Tylko ja po prostu nie mam takiej stuprocentowej pewności. A, wietrzcie, to baaaardzo potrzebne. Po jaką cholerę mamy poddać się temu uczuciu. Ono mydli nam oczy. Wydaje się, że ta druga osoba jest taka... nieskazitelna! Taaaa... ale jeśli między dwiema osobami nie ma przyjaźni, a wyłącznie zauroczenie, to... do wiedzenia, kochanie! Nasze życie zostaje odwrócone o 180 stopni, klapki spadają nam z oczy, a mgła zostaje rozwiana. I wtedy mamy obraz tego jak wygląda ten KTOŚ- tak naprawdę. Pozostajemy osamotnieni- bo "tkwimy w martwym związku- emocjonalnej kostnicy". Czy warto się poświęcać? Co jest ważniejsze MY czy JA? Może czasem trzeba pomyśleć o sobie.
PRZEBUDZONA ; )
PRZEBUDZONA ; )
niedziela, 25 grudnia 2011
Przepis na... ?
Jestem mieszanką "czegoś" z "czymś". Poza tym wyglądam jak olbrzymi i mało słodki słoń ze zbyt krótką grzywką. Nie chodzi tu o niekompetencje fryzjerki, ale wyłącznie o moje niezdecydowanie. I stanęło na tym... na czym teraz stoję JA. Hmmm.... Cały czas nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Szukam, ale nie potrafię "mnie" odnaleźć. A może z wiekiem my po prostu nie to, że tracimy część siebie, ale tworzymy miejsce na COŚ nowego, niepowtarzalnego- taki krok w kierunku spełnienia własnych ambicji i marzeń? Odkryłam, że Pepsi Twist poprawia mi humor i sprawia, że mam ochotę żyć dalej. SUPER! A gdyby naprawdę istniał PRZEPIS NA SZCZĘŚCIE, to kto by potem serwował TO danie główne? Zastanawiająca i w istocie, mało związana z kuchnią, kwestia. No i chyba warto się zastanowić, co daje nam radochę. Jeżeli chodzi o mnie, to... chyba pisanie, czytanie, dobre stopnie, rodzina, TV, filozofia i moje poglądy oraz ukochany Trampuś ;* (piesek rasy jamnik). Uciekam w tzw. "krainę marzeń"- i żeby było jasne- to nie ja ją stworzyłam, została wykreowana tysiące czy nawet i miliardy lat temu. Kto wie, może dinozaury też miały jakieś swoje fantazje? Np. taki Triceratops (mój ulubiony) baaaaaardzo chciał spotkać panią Triceratops lub otrzymać dożywotni zapas smakowitych roślinek. Żartuję, oczywiście- tak świątecznie :D Właśnie- obejrzyjcie "Holiday". Co z tego, że to komedia romantyczna, najważniejsze, że o świętach i podtrzymuje atmosferę!
Pozdrawiam cieplutko!
Pozdrawiam cieplutko!
sobota, 24 grudnia 2011
Świąteczny natłok myśli :D
Co z tego, że są święta? Co z tego, że mam na sobie piżamę w ukochane grochy i co z tego, że mam w domu dziwnie udekorowane drzewo (sztuczne, ale drzewo)? Nie czuję "magii świąt"! Nic nie czuję... poza smutkiem i jakąś pustką wywołaną brakiem emocjonalnego związku z jakimiś cholernymi tradycjami, które kiedyś napawały mnie radością. A teraz? Teraz to po prostu... zwykłe dni. No i... mam, co chciałam, lecz czegoś jednak mi żal... Właśnie oglądam "Holiday" i wierzę, że może kiedyś i ja odnajdę to, czego szukam... lub to, co utraciłam. Hmmm.... Zobaczymy. W końcu przede mną jeszcze kilkadziesiąt Gwiazdek (oby!) :D
czwartek, 22 grudnia 2011
Niezwykle świąteczny nastrój : )
I po raz kolejny przekonałam się, że banalne filmy mogą wiele wnieść do naszego życia. Wydaje nam się, że nie mają żadnego przesłania... bo może my chcemy tak myśleć. Żyjemy w erze, kiedy wszystko ma być "oryginalne" i "na miejscu", a tymczasem stajemy się bandą snobów, szukających "czegoś więcej". Odrzucamy to, co kiedyś sprawiało nam radość, a obok sklepów z zabawkami przechodzimy tak obojętnie, jakbyśmy nigdy nie byli dziećmi. Błagam! Pobudka! Skonfrontowałam swoje marzenia z rzeczywistością i doszłam do wniosku, że... ideały nie istnieją. Nie łudźmy się- prawda jest okrutna. No, dobrze... wiem, że to uczucie bezsilności nas zabija, ale co my tak naprawdę chcieliśmy zyskać? Może powinniśmy się zastanowić nad tym, czego pragniemy i co jest osiągalne w realnym świecie? Choć marzenia sprawiają nam przyjemność, to przecież nie możemy nimi żyć. One nie są powietrzem, którym oddychamy. Tlenu dostarczyć może tylko Prawda (przez duże P) :D Czy dla kogoś jest to mało zrozumiane? Bardzo możliwe. Nie każdy lubi żyć jak należy. W końcu Amelia też uciekała w ten niezwykły, wyimaginowany świat fantazji.
Mam takie pytanko: Dlaczego kiedyś, gdy byliśmy mniejsi, wszystko wydawało się... piękniejsze? Czuliśmy zapach nawet tych sztucznych choinek, wierzyliśmy w istnienie pewnego staruszka z długą i siwą brodą, który przynosi dzieciom prezenty... lub po prostu udawaliśmy przed rodzicami, że w niego wierzymy, aby nie sprawić im zawodu... A gwiazdka była symbolem, zwiastującym pojawienie się tego, na co tak naprawdę czekaliśmy. Ta adrenalina, kiedy otwierało się prezenty z nadzieją, że dostaniemy to, czego najbardziej pragnęliśmy. I rodzinna atmosfera... Z roku na rok coraz mniej ją czuję. Z wiekiem staje się ona dla mnie przezroczystą bańką, w której tkwię i która chroni przed wszelkim niebezpieczeństwem... no i przecież kiedyś pęknie, a ja... zostanę sama- taki wyraz pozbawionej złudnych nadziei na wymarzone święta dziewczyny. Czy to ma sens? Czy udawanie, że TO Boże Narodzenie będzie lepsze niż poprzednie, przyniesie jakiś efekt? I czy ściskanie komuś dłoni oraz życzliwość przy dzieleniu się opłatkiem owiane aurą sztucznych uśmiechów i fałszu jeszcze coś znaczą? Na pozór wszystko wydaje się perfekcyjne. Tylko udajemy, że jest tak w rzeczywistości. Sami zapędzamy się w kozi róg. Jesteśmy głusi, na to, co podpowiadają nam serce i rozum. Kierujemy się wyłącznie marzeniami, swego rodzaju pedantyzmem i czasem przesadzoną tradycją. A może właśnie w tym tkwi szkopuł? Być może wystarczy tylko otworzyć oczy i robić coś z PRAWDZIWĄ pasją? I wtedy się uda! W takim razie wszystkim Wam tego życzę. Z głębi mojego pulchniutkiego serducha!!! :*
P.S. A sobie życzę odkrycia prawdziwej atmosfery tych świąt... Odnalezienia tego, co kiedyś zgubiłam :)
Mam takie pytanko: Dlaczego kiedyś, gdy byliśmy mniejsi, wszystko wydawało się... piękniejsze? Czuliśmy zapach nawet tych sztucznych choinek, wierzyliśmy w istnienie pewnego staruszka z długą i siwą brodą, który przynosi dzieciom prezenty... lub po prostu udawaliśmy przed rodzicami, że w niego wierzymy, aby nie sprawić im zawodu... A gwiazdka była symbolem, zwiastującym pojawienie się tego, na co tak naprawdę czekaliśmy. Ta adrenalina, kiedy otwierało się prezenty z nadzieją, że dostaniemy to, czego najbardziej pragnęliśmy. I rodzinna atmosfera... Z roku na rok coraz mniej ją czuję. Z wiekiem staje się ona dla mnie przezroczystą bańką, w której tkwię i która chroni przed wszelkim niebezpieczeństwem... no i przecież kiedyś pęknie, a ja... zostanę sama- taki wyraz pozbawionej złudnych nadziei na wymarzone święta dziewczyny. Czy to ma sens? Czy udawanie, że TO Boże Narodzenie będzie lepsze niż poprzednie, przyniesie jakiś efekt? I czy ściskanie komuś dłoni oraz życzliwość przy dzieleniu się opłatkiem owiane aurą sztucznych uśmiechów i fałszu jeszcze coś znaczą? Na pozór wszystko wydaje się perfekcyjne. Tylko udajemy, że jest tak w rzeczywistości. Sami zapędzamy się w kozi róg. Jesteśmy głusi, na to, co podpowiadają nam serce i rozum. Kierujemy się wyłącznie marzeniami, swego rodzaju pedantyzmem i czasem przesadzoną tradycją. A może właśnie w tym tkwi szkopuł? Być może wystarczy tylko otworzyć oczy i robić coś z PRAWDZIWĄ pasją? I wtedy się uda! W takim razie wszystkim Wam tego życzę. Z głębi mojego pulchniutkiego serducha!!! :*
P.S. A sobie życzę odkrycia prawdziwej atmosfery tych świąt... Odnalezienia tego, co kiedyś zgubiłam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)